sobota, 5 maja 2012

Future blues

Na mojej płytowej półce szczególne miejsce zajmują te zespoły, które choć kojarzone z bluesem, to nie grają go w ten najbardziej oklepany sposób. 12 taktów, Sweet Home Chicago lub Caledonia i jedziemy podbijać polskie sceny, tylko pokazują, że ta muzyka, pomimo swej prostoty może się ciągle rozwijać, żyć i być coraz ciekawsza. HooDoo Band robi to najlepiej w Polsce.
Pierwszy raz usłyszałem tą fantastyczną orkiestrę z Wrocławia w 2009 roku, podczas festiwalu Las, Woda i Blues w uroczej miejscowości Radzyń nad jeziorem Sławskim. Występowałem tam z moim zespołem i tego samego dnia, pod koniec koncertów wystąpili oni. Dźwięki płynące z głośników podczas ich koncertu, momentalnie porwały całą publiczność do tańca, a mnie dosłownie zamurowało. Nikt wcześniej w tym kraju tak odważnie i dobrze nie sięgał po tak czekoladowe dźwięki. W muzyce HooDoo Band miesza się wszystko to co najlepsze w muzyce Jamesa Browna, Billy Prestona, Raya Charlesa, czy The Rolling Stones. Stylistycznie można to nazwać jako zdrowo porąbaną mieszankę funky, bluesa, rocka i jazzu. Ta formacja zdobyła WSZYSTKIE najważniejsze nagrody muzyczne w kraju, skruszyła bluesowy beton w magazynie Twoj Blues, gdzie z gigantyczną przewagą wygrali plebiscyt Blues Top w kategoriach- zespół roku, odkrycie roku, płyta roku, wokalista roku i gitarzysta roku. Debiutancka płyta pt. "HooDoo Band" błyskawicznie pokryła się złotem i ma najważniejszą cechę dobrej płyty- nie nudzi się mimo intensywnego słuchania.
Od paru miesięcy mam olbrzymią przyjemność zajmować się sprawami koncertowymi tego zespołu. Miałem kilka ciekawych ofert innych kapel, by przygarnąć je pod swoje skrzydła, jednak gdy tylko ekipa HooDoo powiedziała: "nie masz wyjścia, od dzisiaj zajmujesz sie naszymi koncertami", to po prostu nie miałem wyjścia;) Robię to z nieskrywaną radością, gdyż w tym zespole drzemie olbrzymi potencjał i profesjonalizm. Pracowałem już z wieloma zespołami i mało który ma tak zdrowe podejście do grania jak chłopaki i dziewczęta z HooDoo Band.
Właśnie szykujemy się do wydania DVD z koncertu HooDoo Unplugged z wrocławskiego Impartu. Gdy tylko ten krążek pojawi się na półkach, jestem przekonany, że dokona sie muzyczna rewolucja w tym kraju. Będzie to nasz najlepszy towar eksportowy jaki tylko mogliśmy sobie wymarzyć.

niedziela, 8 kwietnia 2012

Zawsze pod prąd

To prawdopodobnie aktualnie najlepszy zespół w Polsce" Zbigniew Hołdys

"Maciej to polski John Mayer" Wojtek Olszak

"Maciej Lipina obok Piotra Cugowskiego to ścisła krajowa czołówka tego typu śpiewania..." Lesław Dutkowski


Poprzednia notka miała być właśnie o nich, ale wkradł mi się njus o Mama Selita i musiałem o nich coś napisać;)
Więc dzisiaj już zgodnie z obietnicą oni- Ścigani. Chłopaki z Rudy Śląskiej, wyznający prostą zasadę- zero opieprzania się, czysty rock and roll. Przesympatyczne postacie,  fenomenalni muzycy. Bardzo lubię z nimi jeździć w trasę, czy organizować im koncerty bo po pierwsze- mam na koncie ich koncertów już kilkadziesiąt, a każdy jest inny. Nie nudzą mi się, w każdym kolejnym odsłuchaniu znajduję coś innego, co mnie fascynuje. Są kompletnym przeciwieństwem Dżemu, do którego są często porównywani. Dżemowych sztuk też mam na koncie gdzieś koło setki, a już po 5 koncercie mogłem z 90% prawdopodobieństwem przewidzieć całą set listę. W przypadku Ściganych tego nie ma. Zawsze coś zmienią i zagrają jakąś perełkę ze swojego repertuaru. Czyli robią coś, co bezskutecznie próbuję wmówić Dżemom. Owszem- największe standardy, tzw. hiciory muszą się znaleźć w secie, ale trzeba pamiętać o tym, że ta bardziej wymagająca publiczność też przychodzi na koncerty i chciałaby posłuchać na żywo jakiegoś rodzynka. Ścigani to potrafią...;)
Stylistycznie- mayerowo, mulowo, gitarowo;) Czyli tak jak ja lubię najbardziej. Są emocje, są fajne brzmienia gitar i ciekawie rozwiązane partie instrumentalne. Maciek nie dość, że ma bardzo dobry wokal, to jest też bardzo sprawnym gitarzystą, ma to czucie w łapach, którego wielu obecnie popularnym gitarzystą brakuje. Rozumie fakt, że nie zawsze liczy się ilość zagranych dźwięków, a ich jakość. Po drugiej stronie sceny stoi zawsze Pawełek- stary wyjadacz, z epizodami w Irze, Gangu Olsena i paru innych formacjach. Spokój, opanowanie i wszech obecna Pawełkowa radość;) Sławek i Riko- jedna z lepszych i bardziej zgranych sekcji rytmicznych w kraju. Słychać dokładnie, wieloletnie ogranie i że doskonale do siebie muzycznie pasują.
Całość zbiera się w coś, co ucieka muzycznej konkurencji;) Zbiera się w Ściganych;) Których bardzo serdecznie polecam wszystkim miłośnikom porządnego, gitarowego grania.

Przerywamy program by nadać komunikat!

Odkryłem tych 4 sympatycznych panów w okolicy listopada zeszłego roku, gdy właściciele popularnego katowickiego klubu muzycznego poprosili mnie o zajęcie się sprawami koncertowymi ich przybytku. By nie dać ciała, spędziłem kilka ładnych dni przetrzepując internet w poszukiwaniu jakiś sympatycznych muzycznych perełek. I tak trafiłem na stronę internetową warszawskiego klubu Chwila, którego właścicielem jest Tytus Hołdys (syn Zbigniewa, na którego wypiął się cały internetowy świat za poparcie ACTA- no prawie cały świat, bo ja wypinać się nie zamierzam i podpisuję się pod argumentami pana Hołdysa). Przeglądając ich kalendarz koncertów natrafiłem na dziwną nazwę- Mama Selita. Szybko sprawdziłem na YT i wiedziałem, że muszę ich do Katowic ściągnąć choćby siłą.

Chłopaki mają te "brudne bomby", instrumentalnie prościej się już nie da- bas, bębny, warcząca, brudna gitara i wokal. Wszystko groovi aż miło, jest moc i kopnięcie tam gdzie powinno być. Ich płytka "3,2,1!" wsadzona do odtwarzacza samochodowego podświadomie zmusza rękę do odkręcenia maksymalnie w prawo pokrętła głośności, a nogę do przyciśnięcia pedału prędkości do podłogi. Gdybym miał kiedykolwiek wrócić do grania z zespołem, chciałbym grać właśnie tak. Są i potężne, bujające riffy, mocne rapowane zwrotki i całkiem sprawne solówki. Słychać brzmienie telecasterów (na które choruję od dawna), co momentalnie powoduje moje zainteresowanie tematem. Kurczę... no gada to w cholerę... :) 

Słucham "3,2,1!"  raz po raz i utwierdzam się w przekonaniu, że Willie Dixon miał ileśdziesiąt lat temu rację mówiąc, że "blues to korzenie, reszta muzyki to owoce". Repertuar MAMA SELITA (bo o nich jest ta notka) pokazuje, że można doskonale połączyć bluesowo, rockowo, funkowe rytmy z rapem i wyjdzie z tego bomba. Brudna bomba.

2 czerwca- Katofonia w Katowicach- Mama Selita:) Trzeba być!

niedziela, 1 kwietnia 2012

Just keep me where the light is

Wracając dzisiaj z zajęć na uczelni, w odtwarzaczu odpaliła się akurat płytka, którą mam przemaglowaną w całości, od początku do końca. Znam ją na pamięć bez wyjątków. Był okres, w którym odtwarzałem ją bez przerwy przez ładnych parę tygodni. "Where the light is", koncertowe wydawnictwo (razem z DVD) Johna Mayera.
John Mayer to jeden z najlepszych gitarzystów młodego pokolenia, któremu spełnił się praktycznie amerykański sen, od pucybuta do milionera. Nauczył się grać na pożyczonej o kolegi jego ojca gitarze, na której odgrywał swoje ulubione piosenki. Bezwzględnie zakochany w muzyce Stevie Ray Vaughana,  przez rok pracował na stacji benzynowej, by móc sobie kupić pierwszą gitarę elektryczną- oryginalnego Fendera Stratocastera z sygnaturą jego idola- SRV. Później, wszystko odbywało się według utartego schematu gwiazd- założył kilka zespołów, nagrał kilkanaście singli, aż nagle zażarło.


Mayer zrobił karierę na muzyce popowej, po czym u szczytu popularności, nagrał album gitarowy, z potężnymi wpływami bluesowymi. Zabrał do pomocy dwóch muzyków (Pino Palladino i Steve Jordan), których śmiało można nazwać bluesowo-rockowymi wyjadaczami (nagrywali z Claptonem, B.B. Kingiem, Bobem Dylanem, Eltonem Johnem i wieloma innymi) i ruszył w trasę jako John Mayer Trio, grając muzykę, której w popularnych stacjach radiowych nie uświadczysz- Jimi Hendrix, Clapton, B.B King itp. I grając ją fenomenalnie jako najbardziej klasyczne na świecie power trio- gitarzysta będący wokalistą, basista i perkusista. Płyta "Try!" momentalnie wspięła się na szczyty list przebojów, John Mayer umocnił swoją pozycję super gwiazdy. I zrobił kolejny krok- zarejestrował i wydał swój koncert w Nokia Theater w Los Angeles. W trakcie tego koncertu wystąpił w trzech odsłonach- akustycznej, jako John Mayer Trio i z pełnym zespołem. W spektakularny sposób połączył swój popowo-gitarowy materiał z repertuarem na którym się wychował. Utwory popowe zagrał w taki sposób, że najbardziej uznani muzycy rockowi nie powstydzili by się takich kompozycji. Chociażby "Gravity" z którego cytat jest tytułem tej notki. Fantastyczna ballada, z przejmującą solówką gitarową, która aż kipi emocjami. W moim prywatnym rankingu gitarowych ballad stawiam ją w jednym szeregu z Little Wing'iem- czyli najgenialniejszą balladą rockową jaką dane mi było usłyszeć.
W jego grze na gitarze znajduję dokładnie to czego wśród gitarzystów szukam- emocje i wiedza kiedy NIE grać. Mayer ma to opanowane do perfekcji, mało kto gra tak jak on. W Polsce jest jeden taki zespół, o którym będzie kolejny wpis. Po ścigamy się.



niedziela, 25 marca 2012

Na planecie pełnej ludzi

Dzisiaj przyszedł czas na zespół fenomen. Fakt, troszkę brzmi to jak artykuł sponsorowany, bo 15 maja organizuję im koncert w Katowicach i dodatkowo właśnie słucham ich trójkowego koncertu, to jednak do profilu tego bloga pasują jak ulał. Kto? Poluzjanci. A czemu fenomen? Bo praktycznie nie ma ich w mediach, a na koncerty walą tłumy. Płyty sprzedają się wyśmienicie, a fani są tak oddani, że tylko pozazdrościć. Prywatnie- zespół przesympatyczny. Pomimo tego, że są jednymi z najlepszych muzyków w kraju, mają bezpośredni lub pośredni udział w większości nagrań najbardziej popularnych wykonawców w kraju, to wogóle tego po nich nie widać.
Muzycznie, nie da się opisać słowami, trzeba posłuchać. Granie jest zawsze świeże, gada jak należy, jest fajnie bo trudno. Idealne zarówno do auta na długą trasę, do wieczornego chill-out'u czy na imprezę. Koncerty kipią energią, dobrą zabawą i humorem. Koniecznie trzeba zaopatrzyć się w ich płyty- "Tak po prostu" (której zdobycie graniczy z cudem, ceny na allegro podchodzą pod paręset zł), "Druga płyta" i ostatnia "Trzy metry ponad ziemią". Siąść, przesłuchać raz i to już zostanie;) Płyty będziecie zmieniać na kolejne z ich dorobku;) Polecam, szczerze polecam:)

środa, 21 marca 2012

Mr Slowhand

Clapton is God- brzmiał napis na murze stacji metra Islington w Londynie. I to słynne czarno-białe zdjęcie, które kojarzy chyba każdy. Piesek, murek i Clapton. I takim właśnie bogiem dla mnie ten człowiek jest. Podziwiam go w każdym calu- za fenomenalne dokonania muzyczne, organizatorskie (Crossroads Guitar Festival) i przede wszystkim potężną siłę woli. Dwadzieścia parę lat temu, Clapton był osobą uzależnioną na zmianę od alkoholu i od kokainy. Gdy rzucał jeden nałóg, wplątywał się w drugi. Do tego dochodziły wieczne problemy sercowe- słynny trójkąt z Patti Boyd- żoną jego najlepszego przyjaciela Georga Harrisona. Miał zapaści twórcze, wyprzedawał sprzęt na towar, nikł w oczach. Jednak, gdy na świat przyszedł jego syn Conor- w 1986 roku, uczył się życia na nowo, bez używek. Dokładnie 21 lat temu, 20 marca 1991 roku, Conor podczas zabawy z nianią w nowojorskim apartamentowcu, wypada z okna na 53 piętrze wieżowca. Clapton, który świeżo co zerwał z nałogiem, był skazany na porażkę, że znów wpadnie w jego szpony. Jednak się nie poddał, nagrał rewelacyjną płytę Unplugged, na której pojawił się utwór "Tears in heaven" napisany dla Conora. Piosenka zyskała podobną sławę jak "Layla", którą zna praktycznie każdy. I od tamtej pory Clapton żyje bez absolutnie żadnych używek, założył klinikę dla uzależnionych od alkoholu i narkotyków- Crossroads. Od 2004 roku, co trzy lata organizuje Crossroads Guitar Festival, którego całkowity dochód jest przeznaczony na działalność kliniki. Na początku XXI wieku zlicytował swoje legendarne gitary (m.in. Blackie i Brownie), a fundusze przekazał klinice. Sam sie wyleczył i robi teraz wszystko, by pomóc innym zrobić to samo. Clapton is God. 

wtorek, 20 marca 2012

Jest jak jest


W zasadzie mając chwilę luzu, postanowiłem wrzucić kolejny post. Postać niby będąca zaprzeczeniem treści pierwszego wątku, mówiącego o tym, że będzie o muzyce którą trzeba samemu sobie znaleźć, a jednak nie. Alę Janosz (bo o niej będzie ten wpis) znają w zasadzie wszyscy. Znają jaką tą małą dziewczynkę, która lata temu śpiewała "na na na i jajecznica". Wielokrotnie w wywiadach wszelakich tłumaczyła już, skąd słynna potrawa się wzięła (piosenka Patrycji Kosiarkiewicz, którą Ali kazano zaśpiewać), więc tłumaczyć tego nie będę. Minęło parę ładnych lat i w grudniu w sklepach pojawiła się świetnie wydana płytka zatytułowana "Vintage". Jako wielki fan twórczości zespołu HooDoo Band (o którym na pewno w kolejnych notkach), byłem żywo zainteresowany co też mogli spłodzić ci sami muzycy, pod batutą Ali. I szczerze mówiąc, gdyby takie rzeczy leciały w radiu, telewizji i internecie- byłbym spokojny o kondycje naszej rodzimej sceny muzycznej. Świetne kompozycje, dojrzałe, bez przysłowiowej ściemy i pójścia na łatwiznę. Zabawy nietypowymi instrumentami (sekcje smyczkowe, syntezatory, dużo gitar akustycznych) i cała płyta nagrana żywymi instrumentami, a nie komputerowymi loopami. I to słychać. Płyta brzmi znakomicie, bardzo często wraca do odtwarzacza, patrząc na moje statusy odsłuchań na last.fm jest w pierwszej piątce najczęściej słuchanych płyt ostatnich 3 miesięcy. Miałem również przyjemność posłuchać utworów na żywo- czyli w miejscu, gdzie 95% popularnych wokalistów i wokalistek w kraju traci większość umiejętności wokalnych- a w tym konkretnym przypadku- zabrzmiało fantastycznie. Po raz kolejny wychodzi na wierzch to, że płytę nagrano, a nie napisano jak grę komputerową. Pomimo nawet dość spartańskich warunków w jakich odbywał się koncert, całość mówiąc żargonem muzyków: żarła ;)
I chyba faktycznie coś w tym jest, że ludzi są spragnieni takiego grania. Polecałem płytkę wielu znajomym, którzy słuchają kompletnie innej muzyki. I za każdym razem komentarz był ten sam- "Świetne! Idę po płytę!". I faktycznie kupili. Zatem polecam i tu. Ala! Powodzenia;)