niedziela, 1 kwietnia 2012

Just keep me where the light is

Wracając dzisiaj z zajęć na uczelni, w odtwarzaczu odpaliła się akurat płytka, którą mam przemaglowaną w całości, od początku do końca. Znam ją na pamięć bez wyjątków. Był okres, w którym odtwarzałem ją bez przerwy przez ładnych parę tygodni. "Where the light is", koncertowe wydawnictwo (razem z DVD) Johna Mayera.
John Mayer to jeden z najlepszych gitarzystów młodego pokolenia, któremu spełnił się praktycznie amerykański sen, od pucybuta do milionera. Nauczył się grać na pożyczonej o kolegi jego ojca gitarze, na której odgrywał swoje ulubione piosenki. Bezwzględnie zakochany w muzyce Stevie Ray Vaughana,  przez rok pracował na stacji benzynowej, by móc sobie kupić pierwszą gitarę elektryczną- oryginalnego Fendera Stratocastera z sygnaturą jego idola- SRV. Później, wszystko odbywało się według utartego schematu gwiazd- założył kilka zespołów, nagrał kilkanaście singli, aż nagle zażarło.


Mayer zrobił karierę na muzyce popowej, po czym u szczytu popularności, nagrał album gitarowy, z potężnymi wpływami bluesowymi. Zabrał do pomocy dwóch muzyków (Pino Palladino i Steve Jordan), których śmiało można nazwać bluesowo-rockowymi wyjadaczami (nagrywali z Claptonem, B.B. Kingiem, Bobem Dylanem, Eltonem Johnem i wieloma innymi) i ruszył w trasę jako John Mayer Trio, grając muzykę, której w popularnych stacjach radiowych nie uświadczysz- Jimi Hendrix, Clapton, B.B King itp. I grając ją fenomenalnie jako najbardziej klasyczne na świecie power trio- gitarzysta będący wokalistą, basista i perkusista. Płyta "Try!" momentalnie wspięła się na szczyty list przebojów, John Mayer umocnił swoją pozycję super gwiazdy. I zrobił kolejny krok- zarejestrował i wydał swój koncert w Nokia Theater w Los Angeles. W trakcie tego koncertu wystąpił w trzech odsłonach- akustycznej, jako John Mayer Trio i z pełnym zespołem. W spektakularny sposób połączył swój popowo-gitarowy materiał z repertuarem na którym się wychował. Utwory popowe zagrał w taki sposób, że najbardziej uznani muzycy rockowi nie powstydzili by się takich kompozycji. Chociażby "Gravity" z którego cytat jest tytułem tej notki. Fantastyczna ballada, z przejmującą solówką gitarową, która aż kipi emocjami. W moim prywatnym rankingu gitarowych ballad stawiam ją w jednym szeregu z Little Wing'iem- czyli najgenialniejszą balladą rockową jaką dane mi było usłyszeć.
W jego grze na gitarze znajduję dokładnie to czego wśród gitarzystów szukam- emocje i wiedza kiedy NIE grać. Mayer ma to opanowane do perfekcji, mało kto gra tak jak on. W Polsce jest jeden taki zespół, o którym będzie kolejny wpis. Po ścigamy się.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz