Dzisiaj przyszedł czas na zespół fenomen. Fakt, troszkę brzmi to jak artykuł sponsorowany, bo 15 maja organizuję im koncert w Katowicach i dodatkowo właśnie słucham ich trójkowego koncertu, to jednak do profilu tego bloga pasują jak ulał. Kto? Poluzjanci. A czemu fenomen? Bo praktycznie nie ma ich w mediach, a na koncerty walą tłumy. Płyty sprzedają się wyśmienicie, a fani są tak oddani, że tylko pozazdrościć. Prywatnie- zespół przesympatyczny. Pomimo tego, że są jednymi z najlepszych muzyków w kraju, mają bezpośredni lub pośredni udział w większości nagrań najbardziej popularnych wykonawców w kraju, to wogóle tego po nich nie widać.
Muzycznie, nie da się opisać słowami, trzeba posłuchać. Granie jest zawsze świeże, gada jak należy, jest fajnie bo trudno. Idealne zarówno do auta na długą trasę, do wieczornego chill-out'u czy na imprezę. Koncerty kipią energią, dobrą zabawą i humorem. Koniecznie trzeba zaopatrzyć się w ich płyty- "Tak po prostu" (której zdobycie graniczy z cudem, ceny na allegro podchodzą pod paręset zł), "Druga płyta" i ostatnia "Trzy metry ponad ziemią". Siąść, przesłuchać raz i to już zostanie;) Płyty będziecie zmieniać na kolejne z ich dorobku;) Polecam, szczerze polecam:)
niedziela, 25 marca 2012
środa, 21 marca 2012
Mr Slowhand
Clapton is God- brzmiał napis na murze stacji metra Islington w Londynie. I to słynne czarno-białe zdjęcie, które kojarzy chyba każdy. Piesek, murek i Clapton. I takim właśnie bogiem dla mnie ten człowiek jest. Podziwiam go w każdym calu- za fenomenalne dokonania muzyczne, organizatorskie (Crossroads Guitar Festival) i przede wszystkim potężną siłę woli. Dwadzieścia parę lat temu, Clapton był osobą uzależnioną na zmianę od alkoholu i od kokainy. Gdy rzucał jeden nałóg, wplątywał się w drugi. Do tego dochodziły wieczne problemy sercowe- słynny trójkąt z Patti Boyd- żoną jego najlepszego przyjaciela Georga Harrisona. Miał zapaści twórcze, wyprzedawał sprzęt na towar, nikł w oczach. Jednak, gdy na świat przyszedł jego syn Conor- w 1986 roku, uczył się życia na nowo, bez używek. Dokładnie 21 lat temu, 20 marca 1991 roku, Conor podczas zabawy z nianią w nowojorskim apartamentowcu, wypada z okna na 53 piętrze wieżowca. Clapton, który świeżo co zerwał z nałogiem, był skazany na porażkę, że znów wpadnie w jego szpony. Jednak się nie poddał, nagrał rewelacyjną płytę Unplugged, na której pojawił się utwór "Tears in heaven" napisany dla Conora. Piosenka zyskała podobną sławę jak "Layla", którą zna praktycznie każdy. I od tamtej pory Clapton żyje bez absolutnie żadnych używek, założył klinikę dla uzależnionych od alkoholu i narkotyków- Crossroads. Od 2004 roku, co trzy lata organizuje Crossroads Guitar Festival, którego całkowity dochód jest przeznaczony na działalność kliniki. Na początku XXI wieku zlicytował swoje legendarne gitary (m.in. Blackie i Brownie), a fundusze przekazał klinice. Sam sie wyleczył i robi teraz wszystko, by pomóc innym zrobić to samo. Clapton is God.
wtorek, 20 marca 2012
Jest jak jest
W zasadzie mając chwilę luzu, postanowiłem wrzucić kolejny post. Postać niby będąca zaprzeczeniem treści pierwszego wątku, mówiącego o tym, że będzie o muzyce którą trzeba samemu sobie znaleźć, a jednak nie. Alę Janosz (bo o niej będzie ten wpis) znają w zasadzie wszyscy. Znają jaką tą małą dziewczynkę, która lata temu śpiewała "na na na i jajecznica". Wielokrotnie w wywiadach wszelakich tłumaczyła już, skąd słynna potrawa się wzięła (piosenka Patrycji Kosiarkiewicz, którą Ali kazano zaśpiewać), więc tłumaczyć tego nie będę. Minęło parę ładnych lat i w grudniu w sklepach pojawiła się świetnie wydana płytka zatytułowana "Vintage". Jako wielki fan twórczości zespołu HooDoo Band (o którym na pewno w kolejnych notkach), byłem żywo zainteresowany co też mogli spłodzić ci sami muzycy, pod batutą Ali. I szczerze mówiąc, gdyby takie rzeczy leciały w radiu, telewizji i internecie- byłbym spokojny o kondycje naszej rodzimej sceny muzycznej. Świetne kompozycje, dojrzałe, bez przysłowiowej ściemy i pójścia na łatwiznę. Zabawy nietypowymi instrumentami (sekcje smyczkowe, syntezatory, dużo gitar akustycznych) i cała płyta nagrana żywymi instrumentami, a nie komputerowymi loopami. I to słychać. Płyta brzmi znakomicie, bardzo często wraca do odtwarzacza, patrząc na moje statusy odsłuchań na last.fm jest w pierwszej piątce najczęściej słuchanych płyt ostatnich 3 miesięcy. Miałem również przyjemność posłuchać utworów na żywo- czyli w miejscu, gdzie 95% popularnych wokalistów i wokalistek w kraju traci większość umiejętności wokalnych- a w tym konkretnym przypadku- zabrzmiało fantastycznie. Po raz kolejny wychodzi na wierzch to, że płytę nagrano, a nie napisano jak grę komputerową. Pomimo nawet dość spartańskich warunków w jakich odbywał się koncert, całość mówiąc żargonem muzyków: żarła ;)
I chyba faktycznie coś w tym jest, że ludzi są spragnieni takiego grania. Polecałem płytkę wielu znajomym, którzy słuchają kompletnie innej muzyki. I za każdym razem komentarz był ten sam- "Świetne! Idę po płytę!". I faktycznie kupili. Zatem polecam i tu. Ala! Powodzenia;)
poniedziałek, 19 marca 2012
Midnight in harlem
Na pierwszy ogień postanowiłem wybrać zespół, który w zeszłym roku mnie muzycznie zmasakrował. Tedeschi Trucks Band- czyli genialny Derek Trucks z żoną- fenomenalną Susan Tedeschi. Miałem olbrzymią przyjemność być na ich koncercie w Stuttgarcie w ramach Jazz Open Festival rok temu. Do tego koncertu, na najwyższym stopniu podium moich ulubionych koncertów dumnie stał Eric Clapton i jego występ w Gdyni 14 sierpnia 2008 roku. A potem pojechałem na Tedeschi Trucks Band- i bezapelacyjnie na pierwsze miejsce wskoczyli oni.
TTB powstali z połączenia dwóch zespołów- Derek Trucks Band i solowego projektu Susan Tedeschi. Impulsem do jego założenia był gościnny występ całego zespołu na płycie Herbie Hancocka- Imagine Project, gdzie zagrali piosenkę pt. "Space Capitan" (Mad Dogs & Englishman). Rok temu wydali rewelacyjną płytę pt. "Revelator", są zapowiedzi, że w tym roku ma zostać wydany album koncertowy. W zasadzie cały zespół składa się z najlepszych muzyków, jakich Derek i Susan mogli sobie dobrać- bracia Burbridge (Kofi na basie, Oteil na hammondzie), mój ulubiony perkusista JJ Johnson, Tyler Greenwel również na bębnach (zespół gra tak jak The Allman Brothers Band- na dwa zestawy perkusyjne, co dodaje niesamowitego groove'u- zresztą trudno się dziwić, w końcu wujkiem Dereka jest Butch Trucks- bębniarz ABB ), sekcja dęta- Kebbi Williams (przesympatyczny człowiek, miałem okazję po koncercie zamienić z nim kilka słów i to co jest najlepsze- sam mnie i moją dziewczynę znalazł potem na facebooku i co jakiś czas rozmawiamy), Maurice Brown i Saunders Sermons. Zostają jeszcze chórki- Mike Mattison- wokalista Derek Trucks Band i Mark Rivers. Do składu marzeń w moim odczuciu brakuje jeszcze tylko 1 osoby- Warren Haynes wystąpił z nimi gościnnie na Crossroads Guitar Festival w 2010 roku i to było właśnie to. Widać wieloletnią współpracę Dereka i Warrena- świetnie się dogadują na scenie i całoś gada w tak cudowny sposób, że tylko czekam na wspólną płytę.
TTB powstali z połączenia dwóch zespołów- Derek Trucks Band i solowego projektu Susan Tedeschi. Impulsem do jego założenia był gościnny występ całego zespołu na płycie Herbie Hancocka- Imagine Project, gdzie zagrali piosenkę pt. "Space Capitan" (Mad Dogs & Englishman). Rok temu wydali rewelacyjną płytę pt. "Revelator", są zapowiedzi, że w tym roku ma zostać wydany album koncertowy. W zasadzie cały zespół składa się z najlepszych muzyków, jakich Derek i Susan mogli sobie dobrać- bracia Burbridge (Kofi na basie, Oteil na hammondzie), mój ulubiony perkusista JJ Johnson, Tyler Greenwel również na bębnach (zespół gra tak jak The Allman Brothers Band- na dwa zestawy perkusyjne, co dodaje niesamowitego groove'u- zresztą trudno się dziwić, w końcu wujkiem Dereka jest Butch Trucks- bębniarz ABB ), sekcja dęta- Kebbi Williams (przesympatyczny człowiek, miałem okazję po koncercie zamienić z nim kilka słów i to co jest najlepsze- sam mnie i moją dziewczynę znalazł potem na facebooku i co jakiś czas rozmawiamy), Maurice Brown i Saunders Sermons. Zostają jeszcze chórki- Mike Mattison- wokalista Derek Trucks Band i Mark Rivers. Do składu marzeń w moim odczuciu brakuje jeszcze tylko 1 osoby- Warren Haynes wystąpił z nimi gościnnie na Crossroads Guitar Festival w 2010 roku i to było właśnie to. Widać wieloletnią współpracę Dereka i Warrena- świetnie się dogadują na scenie i całoś gada w tak cudowny sposób, że tylko czekam na wspólną płytę.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)