środa, 21 marca 2012

Mr Slowhand

Clapton is God- brzmiał napis na murze stacji metra Islington w Londynie. I to słynne czarno-białe zdjęcie, które kojarzy chyba każdy. Piesek, murek i Clapton. I takim właśnie bogiem dla mnie ten człowiek jest. Podziwiam go w każdym calu- za fenomenalne dokonania muzyczne, organizatorskie (Crossroads Guitar Festival) i przede wszystkim potężną siłę woli. Dwadzieścia parę lat temu, Clapton był osobą uzależnioną na zmianę od alkoholu i od kokainy. Gdy rzucał jeden nałóg, wplątywał się w drugi. Do tego dochodziły wieczne problemy sercowe- słynny trójkąt z Patti Boyd- żoną jego najlepszego przyjaciela Georga Harrisona. Miał zapaści twórcze, wyprzedawał sprzęt na towar, nikł w oczach. Jednak, gdy na świat przyszedł jego syn Conor- w 1986 roku, uczył się życia na nowo, bez używek. Dokładnie 21 lat temu, 20 marca 1991 roku, Conor podczas zabawy z nianią w nowojorskim apartamentowcu, wypada z okna na 53 piętrze wieżowca. Clapton, który świeżo co zerwał z nałogiem, był skazany na porażkę, że znów wpadnie w jego szpony. Jednak się nie poddał, nagrał rewelacyjną płytę Unplugged, na której pojawił się utwór "Tears in heaven" napisany dla Conora. Piosenka zyskała podobną sławę jak "Layla", którą zna praktycznie każdy. I od tamtej pory Clapton żyje bez absolutnie żadnych używek, założył klinikę dla uzależnionych od alkoholu i narkotyków- Crossroads. Od 2004 roku, co trzy lata organizuje Crossroads Guitar Festival, którego całkowity dochód jest przeznaczony na działalność kliniki. Na początku XXI wieku zlicytował swoje legendarne gitary (m.in. Blackie i Brownie), a fundusze przekazał klinice. Sam sie wyleczył i robi teraz wszystko, by pomóc innym zrobić to samo. Clapton is God. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz