niedziela, 8 kwietnia 2012

Zawsze pod prąd

To prawdopodobnie aktualnie najlepszy zespół w Polsce" Zbigniew Hołdys

"Maciej to polski John Mayer" Wojtek Olszak

"Maciej Lipina obok Piotra Cugowskiego to ścisła krajowa czołówka tego typu śpiewania..." Lesław Dutkowski


Poprzednia notka miała być właśnie o nich, ale wkradł mi się njus o Mama Selita i musiałem o nich coś napisać;)
Więc dzisiaj już zgodnie z obietnicą oni- Ścigani. Chłopaki z Rudy Śląskiej, wyznający prostą zasadę- zero opieprzania się, czysty rock and roll. Przesympatyczne postacie,  fenomenalni muzycy. Bardzo lubię z nimi jeździć w trasę, czy organizować im koncerty bo po pierwsze- mam na koncie ich koncertów już kilkadziesiąt, a każdy jest inny. Nie nudzą mi się, w każdym kolejnym odsłuchaniu znajduję coś innego, co mnie fascynuje. Są kompletnym przeciwieństwem Dżemu, do którego są często porównywani. Dżemowych sztuk też mam na koncie gdzieś koło setki, a już po 5 koncercie mogłem z 90% prawdopodobieństwem przewidzieć całą set listę. W przypadku Ściganych tego nie ma. Zawsze coś zmienią i zagrają jakąś perełkę ze swojego repertuaru. Czyli robią coś, co bezskutecznie próbuję wmówić Dżemom. Owszem- największe standardy, tzw. hiciory muszą się znaleźć w secie, ale trzeba pamiętać o tym, że ta bardziej wymagająca publiczność też przychodzi na koncerty i chciałaby posłuchać na żywo jakiegoś rodzynka. Ścigani to potrafią...;)
Stylistycznie- mayerowo, mulowo, gitarowo;) Czyli tak jak ja lubię najbardziej. Są emocje, są fajne brzmienia gitar i ciekawie rozwiązane partie instrumentalne. Maciek nie dość, że ma bardzo dobry wokal, to jest też bardzo sprawnym gitarzystą, ma to czucie w łapach, którego wielu obecnie popularnym gitarzystą brakuje. Rozumie fakt, że nie zawsze liczy się ilość zagranych dźwięków, a ich jakość. Po drugiej stronie sceny stoi zawsze Pawełek- stary wyjadacz, z epizodami w Irze, Gangu Olsena i paru innych formacjach. Spokój, opanowanie i wszech obecna Pawełkowa radość;) Sławek i Riko- jedna z lepszych i bardziej zgranych sekcji rytmicznych w kraju. Słychać dokładnie, wieloletnie ogranie i że doskonale do siebie muzycznie pasują.
Całość zbiera się w coś, co ucieka muzycznej konkurencji;) Zbiera się w Ściganych;) Których bardzo serdecznie polecam wszystkim miłośnikom porządnego, gitarowego grania.

Przerywamy program by nadać komunikat!

Odkryłem tych 4 sympatycznych panów w okolicy listopada zeszłego roku, gdy właściciele popularnego katowickiego klubu muzycznego poprosili mnie o zajęcie się sprawami koncertowymi ich przybytku. By nie dać ciała, spędziłem kilka ładnych dni przetrzepując internet w poszukiwaniu jakiś sympatycznych muzycznych perełek. I tak trafiłem na stronę internetową warszawskiego klubu Chwila, którego właścicielem jest Tytus Hołdys (syn Zbigniewa, na którego wypiął się cały internetowy świat za poparcie ACTA- no prawie cały świat, bo ja wypinać się nie zamierzam i podpisuję się pod argumentami pana Hołdysa). Przeglądając ich kalendarz koncertów natrafiłem na dziwną nazwę- Mama Selita. Szybko sprawdziłem na YT i wiedziałem, że muszę ich do Katowic ściągnąć choćby siłą.

Chłopaki mają te "brudne bomby", instrumentalnie prościej się już nie da- bas, bębny, warcząca, brudna gitara i wokal. Wszystko groovi aż miło, jest moc i kopnięcie tam gdzie powinno być. Ich płytka "3,2,1!" wsadzona do odtwarzacza samochodowego podświadomie zmusza rękę do odkręcenia maksymalnie w prawo pokrętła głośności, a nogę do przyciśnięcia pedału prędkości do podłogi. Gdybym miał kiedykolwiek wrócić do grania z zespołem, chciałbym grać właśnie tak. Są i potężne, bujające riffy, mocne rapowane zwrotki i całkiem sprawne solówki. Słychać brzmienie telecasterów (na które choruję od dawna), co momentalnie powoduje moje zainteresowanie tematem. Kurczę... no gada to w cholerę... :) 

Słucham "3,2,1!"  raz po raz i utwierdzam się w przekonaniu, że Willie Dixon miał ileśdziesiąt lat temu rację mówiąc, że "blues to korzenie, reszta muzyki to owoce". Repertuar MAMA SELITA (bo o nich jest ta notka) pokazuje, że można doskonale połączyć bluesowo, rockowo, funkowe rytmy z rapem i wyjdzie z tego bomba. Brudna bomba.

2 czerwca- Katofonia w Katowicach- Mama Selita:) Trzeba być!

niedziela, 1 kwietnia 2012

Just keep me where the light is

Wracając dzisiaj z zajęć na uczelni, w odtwarzaczu odpaliła się akurat płytka, którą mam przemaglowaną w całości, od początku do końca. Znam ją na pamięć bez wyjątków. Był okres, w którym odtwarzałem ją bez przerwy przez ładnych parę tygodni. "Where the light is", koncertowe wydawnictwo (razem z DVD) Johna Mayera.
John Mayer to jeden z najlepszych gitarzystów młodego pokolenia, któremu spełnił się praktycznie amerykański sen, od pucybuta do milionera. Nauczył się grać na pożyczonej o kolegi jego ojca gitarze, na której odgrywał swoje ulubione piosenki. Bezwzględnie zakochany w muzyce Stevie Ray Vaughana,  przez rok pracował na stacji benzynowej, by móc sobie kupić pierwszą gitarę elektryczną- oryginalnego Fendera Stratocastera z sygnaturą jego idola- SRV. Później, wszystko odbywało się według utartego schematu gwiazd- założył kilka zespołów, nagrał kilkanaście singli, aż nagle zażarło.


Mayer zrobił karierę na muzyce popowej, po czym u szczytu popularności, nagrał album gitarowy, z potężnymi wpływami bluesowymi. Zabrał do pomocy dwóch muzyków (Pino Palladino i Steve Jordan), których śmiało można nazwać bluesowo-rockowymi wyjadaczami (nagrywali z Claptonem, B.B. Kingiem, Bobem Dylanem, Eltonem Johnem i wieloma innymi) i ruszył w trasę jako John Mayer Trio, grając muzykę, której w popularnych stacjach radiowych nie uświadczysz- Jimi Hendrix, Clapton, B.B King itp. I grając ją fenomenalnie jako najbardziej klasyczne na świecie power trio- gitarzysta będący wokalistą, basista i perkusista. Płyta "Try!" momentalnie wspięła się na szczyty list przebojów, John Mayer umocnił swoją pozycję super gwiazdy. I zrobił kolejny krok- zarejestrował i wydał swój koncert w Nokia Theater w Los Angeles. W trakcie tego koncertu wystąpił w trzech odsłonach- akustycznej, jako John Mayer Trio i z pełnym zespołem. W spektakularny sposób połączył swój popowo-gitarowy materiał z repertuarem na którym się wychował. Utwory popowe zagrał w taki sposób, że najbardziej uznani muzycy rockowi nie powstydzili by się takich kompozycji. Chociażby "Gravity" z którego cytat jest tytułem tej notki. Fantastyczna ballada, z przejmującą solówką gitarową, która aż kipi emocjami. W moim prywatnym rankingu gitarowych ballad stawiam ją w jednym szeregu z Little Wing'iem- czyli najgenialniejszą balladą rockową jaką dane mi było usłyszeć.
W jego grze na gitarze znajduję dokładnie to czego wśród gitarzystów szukam- emocje i wiedza kiedy NIE grać. Mayer ma to opanowane do perfekcji, mało kto gra tak jak on. W Polsce jest jeden taki zespół, o którym będzie kolejny wpis. Po ścigamy się.